Gubienie psa w Sylwestra to chyba nowa świecka tradycja, takie wrażenie przynajmniej można odnieść patrząc obecnie na strony schronisk i organizacji pomagających bezdomnym zwierzętom. Przed każdym Sylwestrem wolontariusze i pracownicy schronisk wstrzymują oddech, zaczynają odliczanie, by zaraz w noworoczny poranek w deszczu opadającego jeszcze konfetti rozpocząć odbieranie błagalnych telefonów i maili – POMOCY ZAGINĄŁ MÓJ PIES ! Aż dziw bierze, że obok popularnych ostatnio na Facebooku wydarzeń typu „ Przeczytam 52 książki w ciągu roku”, „Będę szczęśliwy w 2016” nie powstało jeszcze „ Zgubię psa w Sylwestra” – w końcu wielu właścicieli psów zachowuje się tak, jakby naprawdę tego chciało. Nie pomagają apele, liczne publikacje na temat tego, co działo się w poprzednich latach i dziać się będzie, jak zabezpieczyć psa i pomóc mu przetrwać ten trudny okres. Petardy nie znikną, odpalane będą w najmniej spodziewanych momentach. Ot, zwyczajna złośliwość losu.

Lubimy zaklinać rzeczywistość, masowo udostępniamy obrazki z pieskami i fajerwerkami wierząc, że w tym roku będzie inaczej. Nie lubimy za to korzystać z bolesnych doświadczeń innych, jesteśmy narodem ekspertów. Lepiej od innych wiemy, czy nasz pies idący bez smyczy da się odwołać kiedy ktoś parę metrów od nas odpali petardę, lepiej wiemy czy pies przesadzi w amoku ogrodzenie czy nie, potrafimy również wbrew wszelkiej logice założyć, że nasz zaginiony pies będzie w stanie wyszczekać nasz numer telefonu i adres, w końcu adresatka i chip to zwykła fanaberia promowana przez nawiedzonych miłośników zwierząt. Luz blues, w takie dni jak Sylwester wszyscy jesteśmy behawiorystami i wróżbitami, a po nim przychodzi czas kaca – tego moralnego przede wszystkim. Co roku to samo, psia apokalipsa. Jedni szukają zaginionych, drudzy szukają właścicieli, część psów wróci, część zasili przepełnione już schroniska, rozjechana część zostanie zabrana z dróg przez służby oczyszczania miasta, niektóre uduszą się zaklinowane w szczelinach bram / furtek / ogrodzeń, inne przepadną jak kamień w wodę i nigdy się nie odnajdą.

page

Tysiące dramatycznych psich historii i jeden wspólny mianownik – zero wyobraźni. Zaginięcia będące wypadkiem losowym(pękł karabińczyk, strzeliły szelki, pies wpadł w amok i właściciel fizycznie nie poradził sobie z utrzymaniem go na smyczy / przewrócił się ) to zaledwie parę procent. Reszta to porażający obraz ludzkiej niefrasobliwości – wysyłanie na spacer dzieci nie posiadających wiedzy i umiejętności jak poradzić sobie ze spanikowanym psem, psy wyprowadzane bez smyczy, pozostawione bez nadzoru na posesjach. Najbardziej bulwersuje fakt, że dużą część wśród posylwestrowych zgub stanowią psy poadopcyjne mające za sobą traumatyczne przejścia, psy poważnie chore będące w trakcie leczenia i szczeniaki, których reakcje na tego typu dźwięki nie są przecież jeszcze znane. Jeżeli ograniczycie psu poczucie wolności na parę dni zapinając go na smycz w trakcie spaceru, zabierając z podwórka do domu, na pewno się na was nie obrazi. Na pewno nie marzy o chaotycznej tułaczce przy akompaniamencie wystrzałów, spędzeniu mroźnych nocy w nieznanym sobie otoczeniu, trafieniu na wieś na łańcuch jako darmowe trofeum albo powolnej śmierci w jednym z przydrożnych rowów. Żaden pies tego nie chce, ale wiele z nich taki właśnie los spotyka dzięki wszystkowiedzącym i wyluzowanym właścicielom. Nie bądź kolejnym Polakiem mądrym po szkodzie, zadbaj o swojego psa w następnego Sylwestra.